140 Obserwatorzy
38 Obserwuję
Hagime

Hagime

Teraz czytam

Ćwiartka raz
Karolina Korwin-Piotrowska
Głodne kamienie
Rabindranath Tagore, Franciszek Mirandola, Jerzy Bandrowski

Miasto ślepców

Miasto ślepców - José Saramago

Jakiś magnes ciągnął mnie do tej książki. Nazwisko autora kojarzące się z indiańskim szamanem, intrygujący tytuł i moje „dziewictwo” związane z twórczością Saramago. Kiedy książka leżała już na dywanie koło łózka (moja ulubiona pozycja, ja na łóżku, książka na podłodze) wpadłem w lekką panikę czy nie za bardzo napompowałem balon oczekiwań. I jestem z siebie bardzo dumny, intuicja mnie nie zawiodła. Pewne skojarzenia z Camus czy Goldingiem są nieuniknione ale Saramago wali z grubej rury. Odbiera ludziom wzrok. Wartościowanie zmysłów jest niebezpieczne ale chyba każdy kiedyś przynajmniej teoretyzował na ten temat, i mam wrażenie, że wzrok jest tym najbardziej cienionym. I katastrofa - cały lans, autokreację, dbanie o wizerunek trafił szlag. Wszystkie zdobycze cywilizacji, całe „człowiek to brzmi dumnie” umiera. Zostają nadzy ludzie. Odebrano im ważny instrument ale przecież nie rodzą się od nowa, przynajmniej na początku są sumą tego czego się nauczyli i jak żyli. Dopiero izolacja, zamknięcie w klaustrofobicznej przestrzeni wśród takich samych nieszczęśliwców, w sposób nieuchronny uwalnia demony, górę biorą brutalna siła i pierwotne instynkty. Na szczęście świat ratują kobiety. Nie tylko dlatego, że główna bohaterka dostaje ogromny handicap w postaci sprawnych oczu, bo ten dar balansuje między błogosławieństwem a przekleństwem. Ratują dlatego, że zostają najbardziej upodlone. Do zbiorowych gwałtów dochodzi nie w wyniku brutalnej przemocy ale w wyniku „własnego” wyboru. Męski świat. Wszyscy w tym świecie pędzą w dół ale to kobiety Saramago spycha na samo dno, dając im możliwość odbicia. I to kobieta, znana nam pod imieniem „żona lekarza” (sic!), ze swoim błogosławieństwem/przekleństwem, wspierana przez „dziewczynę w ciemnych okularach” i „żonę pierwszego ślepca” (męski świat) wydobywają swoje stado na powierzchnię. Konstrukcja powieści też mi bardzo odpowiada, tam i z powrotem. Na początku pędzi z ogromną szybkością w dół, odbija się od dna i powoli, krok po kroku, zmierza na powierzchnię. Tempo spadania jest tak duże a upadek tak bolesny, że powolne wznoszenie jest jak balsam choć nie pozwala potraktować wszystkiego tylko jak koszmarny sen. Pojawiające się od czasu do czasu wtrącenia narratora dla mnie były niezbędne, przywoływały do porządku, czytając coś wciągającego miewam problemy z zachowaniem dystansu. Dzięki narratorowi, w części rozgrywającej się w szpitalu, odnosiłem wrażenie jakbym obserwował kolejny eksperyment profesora Zimbardo. Tym, którym w czytaniu będzie przeszkadzał brak klasycznego zapisu dialogów, zwracam uwagę na aspekt ekologiczny. Gdyby dialogi nie były zapisane ciurkiem to książka zamiast 300 liczyłaby z 500 stron, to bardzo dużo drzew :) Gorąco polecam.

PS 1 Uwaga techniczna. Lepiej nie czytać z pełnym żołądkiem.

PS 2 Odjąłem jedną gwiazdkę za główne postacie męskie. Nie dość, że cały czas dostają „bęcki” od swoich partnerek to jeszcze musiały im się przydarzyć wstydliwe chwile słabości.